Wychodzenie ze strefy komfortu – jak się przełamać?

 

„Życie zaczyna się tam, gdzie twoja strefa komfortu się kończy”

„Cudowne rzeczy nigdy nie dzieją się w twojej strefie komfortu”

 

Brzmi znajomo? Te i miliony innych „motywacyjnych sentencji” z inspirującym obrazkiem w parze, są wszechobecne w internecie. Ha! Nie tylko w internecie! Motyw ten można też bez problemu spotkać na okładkach zeszytów, posterach i innych gadżetach. Nawet obok mojego biurka wisi tabliczka z podobnym napisem.

Czy to źle? Na pewno sprawiło to, że niewiele osób w ogóle rozumie i zastanawia się nad tą ideą – która mimowolnie stała się kiczem – a sama w sobie jest na prawdę wartościowa.

Czym więc jest legendarna „strefa komfortu”?

 

Ogólnie rzecz biorąc to stan, w którym nie musisz się wysilać. W którym twoje myśli są raczej spokojne. Strefa komfortu to wszystko to – co znane. Wszystko to, co masz na co dzień, z czym podświadomie wiesz, że sobie poradzisz, a nawet jeśli nie – konsekwencje porażki nie będą tragiczne. To kolejny szary dzień w pracy, to nudne zajęcia, na których nikt nie zadaje trudnych pytań, to wyjście ze znajomymi, z którymi znasz się jak łyse konie, to pójście w to samo miejsce, w tych samych warunkach – po raz setny, to trwanie w związku, który jest tylko „w porządku” – ale jest, to przygotowanie po raz kolejny tego samego obiadu, który zawsze wychodzi, a i bardzo często – to po prostu nierobienie czegoś nowego.

 

To zarówno małe, jak i duże rzeczy. Oczywiście to bardzo ogólnikowe przykłady – ale fakt faktem – każdy z nas ma swoją własną, niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju strefę komfortu.

 

A skoro jest taka fajna, to po co w ogóle z niej wychodzić?

 

Faktycznie – przebywanie w niej ma trochę plusów. Już sama nazwa wskazuje że jest tam po prostu komfortowo, miło, bezpiecznie, bezstresowo.

 

No bo jak pójdziesz z tymi samymi znajomymi, w to samo miejsce po raz setny – to masz pewność, że będziesz się dobrze bawić (a i nawet ewentualne nieporozumienia są ci już dobrze znane). Kiedy po raz kolejny planujesz wakacje/ długi weekend/ jakiekolwiek wolne w tym samym miejscu, to plaża na pewno będzie czysta, a właściciele domku życzliwi. A ten obecny związek – mimo, że nie jest jakiś bardzo satysfakcjonujący – przynajmniej jest.

 

I to wszystko jest w porządku. Świat prawdopodobnie się nie zawali, a niebo nie spadnie jeśli posiedzisz tam jeszcze chwilę i nic nie zmienisz.

 

Ale może czasem warto zawalczyć o coś lepszego?

 

W wielu przypadkach tkwimy w tego typu sytuacjach z przyzwyczajenia. Może kiedyś coś sprawiało nam dużo radości, ale teraz jest tylko „okej”. Oczywiście nie zachęcam do bezwzględnego porzucania wszystkiego co nie wprawia nas w euforię, bo nawet praca nad czymś, proaktywne podejście, zastanowienie się – „co mogę zrobić by to polepszyć?” – już jest wyjściem ze strefy komfortu.

 

Ale nie chodzi tylko o poprawę swojej obecnej sytuacji w danej dziedzinie życia. Strefa komfortu bardzo często ogranicza nas przy podejmowaniu nowych aktywności. Często w ogóle myślenie o czymś czego do tej pory nie robiliśmy jest już wielkim wyzwaniem.

 

Co więc daje wyjście ze strefy komfortu?

 

  1. Zyskujesz nowe doświadczenie – którego nie da się nabyć działając cały czas według tych samych schematów. A życie to przecież doświadczanie.
  2. Emocje – jakie sytuacje zapamiętujemy najbardziej? Takie, które dostarczyły nam wielu emocji. Nawet jeśli okażą się negatywne – wzmocnią nas i rozwiną.
  3. Wiedzę o sytuacji – będziesz po prostu wiedzieć jak TO wygląda, a nie tylko zastanawiać się  i tworzyć w głowie miliony możliwych scenariuszy.
  4. Wiedzę o sobie – dowiesz się co ci się podoba, a co nie; dowiesz się jak zachowasz się w nowym miejscu, z nowymi ludźmi, w nowej sytuacji. Po prostu lepiej się poznasz.
  5. Złamiesz swoje dotychczasowe schematy myślowe – często sami zapętlamy się w swoich myślach, tworzymy nierealne scenariusze, bawimy się w jasnowidzów i „bezbłędnie” oceniamy co ktoś pomyśli, jak się zachowa i jakie będą tego konsekwencje. Wyjście ze strefy komfortu to wszystko weryfikuje i jestem pewna, że w większości przypadków spotka cię miłe zaskoczenie.

 

 

Jak to zrobić?

 

Zamknij oczy i pomyśl o wszystkich rzeczach, które chcesz zrobić, nad którymi chcesz popracować ale…

 

  • ALE się boisz,
  • ALE to jest bez sensu,
  • ALE to jest za drogie,
  • ALE co inni pomyślą,
  • ALE nie masz wystarczającej wiedzy,
  • ALE na pewno się ośmieszysz
  • ALE będzie tam twoja znajoma, która cię wyśmieje,
  • ALE nie masz czasu,
  • ALE nie dasz rady,
  • ALE, ALE, ALE…

 

Jednak tym razem postaraj się wyłapać wszystkie negatywne myśli i przekonania na ten temat. Zauważ każde „ale”. Nie neguj go, ale też nie utożsamiaj się z nim. Twoje „ale” nie zniknie nagle magicznie, zaakceptuj je. Po prostu nie pozwól mu wpłynąć na twoją decyzję.

 

Gwarantuję ci, że wszyscy ludzie, robiący rzeczy, które ty chcesz zrobić – mieli podobne „ale”, a często nawet dużo straszniejsze. Oni po prostu nie pozwolili mu się zatrzymać.

 

Każdy kto zmienił pracę, zakończył związek, wyjechał po raz pierwszy w samotną podróż, wyjechał za granicę, zmienił kierunek studiów, rzucił studia, przeprowadził się, ogólnie zmienił coś w swoim życiu – miał miliony ‚powodów’, by tego nie robić. Ale miał też wewnętrzne przekonanie, że tego właśnie chce – i to nim zdecydował się kierować. Bo to jest decyzja.

 

No właśnie.. a co jeśli to zła decyzja?

 

Myślę, że przed podjęciem ważnego dylematu warto chociaż na chwilę, możliwie bez-emecjonalnie  podejść do sprawy. Zastanowić się, jakie czekają cię realne konsekwencje każdej z rozważanych opcji i pomyśleć nad swoim „kołem ratunkowym”.

 

Czyli – jeśli wyobrazisz sobie najgorszy możliwy scenariusz – to co będziesz mogła/mógł zrobić w tej sytuacji (proaktywne podejście). Poza tym – może ewentualne negatywne konsekwencje twojej decyzji nie będą aż takie złe? Może nie będzie to najgorsza rzecz jaka może przytrafić ci się w życiu? I może warto będzie zacisnąć zęby kiedy wiesz że korzyści mogą być ogromne?

 

No i na koniec…

 

 

Take it easy

 

Z własnego doświadczenia wiem, że każde kolejne wyjście ze swojej strefy komfortu jest coraz łatwiejsze. Naprawdę. Poza tym nie musisz od razu przenosić gór, zmieniać całego swojego życia i robić rzeczy odbieranych jako „niesamowite”. Ważne, że są niesamowite dla Ciebie – nawet jeśli to „tylko” zapisanie się na kurs pływania, na który zbierasz się od kilku dobrych lat.

No i przede wszystkim – ciesz się każdym, nawet najmniejszym krokiem. Bo często samo wygooglowanie tematu, który gdzieś tam głęboko w Tobie siedzi, zasypany wszystkimi „ale, ale, ale” – może zacząć genialną przygodę : )

 

 

PS. Dziękuję wszystkim za pozytywny odzew (i w ogóle jakiś odzew) na mój pierwszy wpis. Naprawdę nie spodziewałam się tylu ciepłych słów i prawdziwie konstruktywnej krytyki.

 

POLECAM W TEJ TEMATYCE:

 

 

  • Uśmiechnęłam się czytając ten wpis, bo u mnie każde kolejne wyjście ze strefy komfortu to prawdziwa wyprawa 😀 w niedalekiej przyszłości czeka mnie dużo zmian, których bardzo się boję i ilekroć o nich myślę to mam chęć zawinąć się w kołdrę jak naleśnik i nie wychodzić 😀 ale z drugiej strony nie mogę się już doczekać, bo wiem, że po tej „drugiej stronie” czeka mnie dużo lepsze życie 😉

    • Kasia

      Haha, ja za to uśmiechnęłam się czytając Twój komentarz! Powodzenia! 🙂

  • Gratuluję rozsądnego podejścia do tematu przekraczania strefy komfortu, if you know what i mean 😀 A co do tzw. „złej decyzji” – a czy jest coś takiego jak zła decyzja? Decyzja to decyzja, a jeśli coś nie pójdzie po naszej myśli, ta sytuacja również uczy nas mnóstwa rzeczy. Poza tym, ta „zła” decyzja może też być początkiem czegoś pięknego 🙂

    • Kasia

      Dziękuję i faktycznie słuszna uwaga! Słowu „zła” zdecydowanie przydałby się cudzysłów 🙂

  • Pingback: Warte uwagi – kwiecień 2017 | pazurempisany()